Dzisiejszy powrót do domu był zdecydowanie inny niż ostatnie. Noc była jakaś ciemniejsza, nawet światło latarni w parku nie sięgało już tak wysoko i prawie czułam jak ciemność głaska mnie po głowie. Dużo było tej ciemności. I drzewa na mnie krzyczały. Nie wszystkie, te młode chyba spały, ale musiałam obudzić te największe, bo patrzyły groźnie i się ich bałam. Czułam też więcej niż zwykle cieni mojej osoby. No niby proste że jak jest więcej źródeł światła to i cieni jest adekwatna ilość. Jednak jakoś dzisiaj to nie było takie naturalne. Chyba za długo już stoję w miejscu bo przeszłość mnie dogania. Wrócił, mam nadzieję że tylko na chwilę, dawny lęk, jakieś ściskanie w środku. Może chodzi o zbliżanie się do światła.... Uwidaczniają się stare liny którymi sama związałam przeguby. I widać błoto na butach...to, w które weszłam bardzo dawno temu, a które ciągle nie do końca obeschło i nie da się go ot tak wykruszyć. Dopiero na schodach świeciła się żarówka. W sumie to ciągle się świeci, pasowałoby pójść ją zgasić... Na schodach był też Pies. I jakiś inny pies. Pies nie był zadowolony z obecności psa, ale chcąc wpuścić do domu tylko moje zwierzę, nie dość, że mi się to nie udało to jeszcze wypuściłam resztę mojej trzody w liczbie dwa. Generalnie genialnie. Jutro mnie wyklną (sic!) Mulina się kończy...Cholera i nie skończę tego richelieu, nie zaliczę semestru i będzie super....ratunku....No i po co mnie podnosili kiedy miałam upaść i skutecznie rozbić se głowę? No po cholere. Teraz muszę haftować.
 |
| Ach, podwórko...Jakże ono się zmieniło... |
| | | |
| Tak wygląda moje niebo z dzieciństwa. Tamte czasy nie wrócą... |
|
|
|
|
|
|