męcze sie. lifehouse kiedyś uspokajał i koił, teraz płynie gdzieś daleko... i wrzątek już dawno przestał być tym wrzątkiem na który liczę. a może mnie juz nie ma. może ta ja, która mieszkała w tym ciele juz umarła. może teraz mną rządzi inny ktoś....
ósmy level zrezygnowania, szosty zrezygnowania i dziesiąty smutku.
potrzebuje keczupu spotkania żeby to przetrawić i przerobić na coś dobrego
ale kogo to obchodzi. przecież każdy żyje swoim życiem, ma swoje problemy, swoje zmartwienia, swoje ja do przetrawienia. czy ja zawsze muszę być taka wyrozumiała dla reszty ludzi? do kurwy nędzy zawiedli nie raz, zostawili, opuścili, zranili, pobili serce i odeszli... i juz nie wrócą. i lepiej dla nich bo nie zostawiłabym na nich suchej nitki i raczej nie przeżyliby emocjonalnie tego spotkania. myśle że byłabym zdolna zabić ich dusze.
nie. tak mi się tylko wydaje. przecież codziennie ich mijam. nawet czasem sie przywitam... dredzie, bądź dredem. czyli kim? nie wiem. boję się że umrę w niewiedzy.
za głęboko czuję. za dużo widzę. za mało wiem. jestem nieodporna.